Rzeczywisty świat fikcji – co nieco o efektach specjalnych

blog autor

Paweł Kupracz | 12-02-2018

Trudno sobie wyobrazić współczesną kinematografię bez stosowania efektów specjalnych, w skrócie często opisywanych jako SFX lub FX. Do tej kategorii zalicza się zarówno techniki wizualne, jak i dźwiękowe, które mają na celu bardziej zanurzyć widza w historię przedstawianą przez twórców. Takie serie jak „Gwiezdne Wojny” czy popularne ostatnio kino superbohaterskie ze stajni Marvela czy DC są przepełnione graficznymi wodotryskami. Bo czy bez komputerowo generowanych teł byłoby możliwe uzyskanie tak wizualnie wiarygodnych scen? Czy bez zastosowania trików w produkcji i postprodukcji filmowej byłoby możliwe stworzenie Hulka w takiej postaci, w jakiej go znamy?

Jak to się zaczęło, czyli co nieco o historii

Początki wykorzystywania efektów specjalnych sięgają 1895 roku, kiedy Alfred Clarke zastosował tzw. „stop-trick” w scenie egzekucji z filmu „Mary, Queen of Scots” (link). W scenie widzimy postać prowadzoną do katowskiego pnia, a następnie wykonanie egzekucji z głową odpadającą od podstawionej w miejsce aktora kukły. Alfred Clarke po prostu w pewnym momencie nakazał aktorom zamrzeć w bezruchu i podmienił postać, która miała oddalić się na wieczny spoczynek, na kukłę. Mimo, iż z perspektywy czasu może się to wydawać dość prymitywną sztuczką, niemniej była ona wykorzystywana przez długie lata.

Niemalże równocześnie we Francji George Méliès, ówczesny kierownik sceny w Teatrze Robert-Houdin, podczas kręcenia ujęcia na ulicach Paryża zmagał się z zaciętą kamerą. Gdy udało mu się naprawić problem, po wywołaniu filmu jego oczom ukazał się widok niespodziewany. Otóż na taśmie poruszające się ulicami stolicy Francji samochody stały się karawanami, przechodnie zmienili kierunek ruchu, a mężczyźni zamienili się w kobiety. To wydarzenie zainspirowało Méliès’a do dalszych eksperymentów z kinematografią. Został okrzyknięty „magikiem kina”, tworząc efekty, których nikt sobie wcześniej nie wyobrażał. Był on odpowiedzialny m. in. za luźno inspirowany twórczością Juliusza Verne’a film pt. „Podróż na Księżyc” z 1902 roku.

A jak to wygląda teraz?

 Dzisiaj opieramy się głównie na pracy grafików i ich komputerów, choć niektóre z narzędzi, którymi dysponują, wywodzą się wprost z epoki analogowej. Takim przykładem jest rotoskopia. Ta technika, która została stworzona w 1918 roku przez Amerykanina polskiego pochodzenia, Maxa Fleischera, polega na przerysowywaniu kolejnych klatek filmu zgodnie z wolą twórców. Jest to technika pracochłonna, ale w erze pre-cyfrowej jedna z nielicznych, która pozwalała na przeniesienie ruchu aktorów do... kreskówek. W tej technice przecież powstała „Królewna Śnieżka i Siedmiu Krasnoludków” z wytwórni Disneya. A było to w 1937 roku!

W technice rotoskopii wykonano też miecze świetlne w starej trylogii „Gwiezdnych Wojen”. Graficy po prostu domalowywali na taśmie filmowej poświaty do rekwizytów imitujących te ikony popkultury. To też jest kolejny powód, dla którego sceny walki w częściach 4., 5. i 6. gwiezdnej sagi nie są tak widowiskowe, jak w filmach z przełomu XX i XXI wieku. Rekwizyty były po prostu kruche, a to dlatego, że były skonstruowane z materiałów silnie odbijających światło, tak, by ułatwić pracę grafikom w odróżnieniu ich od tła.

Wracając w końcu do ery cyfrowej - tutaj największe postępy poczynili Bracia Wachowscy przy kultowym „Matriksie”. Jako pierwsi wprowadzili do kinematografii samo rozkoszowanie się ruchem, choćby przy pomocy tzw. „bullet time”. Czy ktoś nie pamięta sceny z filmu, gdy główny bohater unika wystrzelonych w jego kierunku pocisków? A jak została zrobiona? (link)

Co można było dostrzec? Zielone tło i jakieś okrągłe czarne kształty na ścianach. Te kształty to aparaty fotograficzne, zaprogramowane tak, by wykonywać zdjęcia w odpowiednich, drobnych, odstępach czasu, dzięki temu uzyskujemy efekt obrotu kamery wokół postaci poruszającej się w zwolnionym tempie. Dodatkowo, ruch Neo był ekstrapolowany przez komputery graficzne na okresy między dwiema klatkami, tak, aby sprawić wrażenie całkowitej płynności ruchu. A to tło?

Jest to tzw. green-box. Tego rodzaju instalacje są obecnie wykorzystywane w niemal wszystkich filmach w settingach fantasy czy sci-fi. Zielony, jako kolor, jest uważany za najbardziej odległy od barwy skóry. Następnie w komputerach wyodrębnia się z nagrania tła elementy, które nas interesują (mogą to być aktorzy czy elementy scenografii) i umieszcza na dowolnie wybranym tle. Efekt? Możecie obejrzeć sami. (link)

W powyższym filmiku pokazują się także inne narzędzia stosowane we współczesnej kinematografii, jednakże temat jest tak obszerny, że mogłaby na ten temat powstać niejedna książka.

Podsumowanie

Efekty specjalne nie tylko pozwalają na zwiększenie tzw. imersji widza w świat filmu, pozwalają też na ograniczenie kosztów - niepotrzebne jest już tworzenie wielkich makiet, aby aktor w gumowym stroju Godzilli mógł demolować tekturowe miasto. Wystarczy je odpowiednio zamodelować, nałożyć tło - i voila! Nie mówiąc już o sceneriach przedstawiających nieistniejące już obiekty bądź zabytki w okresie ich świetności. Zastosowań jest dużo. A Wy, czego jesteście najbardziej ciekawi?

Wpisy które mogą ci się spodobać:

5 największych zagrożeń dla Twojej przyszłości, o których (jeszcze) nie wiesz.

Notatki mistrzów – czyli jak notować, żeby zapamiętywać jak najwięcej

Historie Sukcesów #1 - Grażyna Rusiecka

Wielkie wymieranie programistów?

Obserwuj nas w mediach społecznościowych!

Poznaj nas lepiej śledząc naszego bloga oraz kanały w mediach społecznościowych. Codziennie dostarczamy nowe treści, dzięki którym spojrzysz na naukę i poszerzysz swoją wiedzę.